CO NOWEGO?

23.05.2018, Małgorzata Sadowska
Cannes: prorocy, kupcy i trolle
Choć tegoroczny festiwal w Cannes prezentował się uwodzicielsko jak zawsze, to jednak ostatnie okołofilmowe, polityczne i obyczajowe wydarzenia zdrapały z niego pazłotko glamouru. Zmęczony, zdezorientowany siedemdziesięciojednolatek próbował wprawdzie przypudrować ubytki serią rzekomych reform (nowe nazwiska w konkursie, kobieta na czele jury, zmiany w systemie projekcji itp.), ale to za mało. Świat się zmienia i Cannes też będzie musiało się zmienić, w przeciwnym razie stanie się zdemenciałym staruszkiem.

A przecież można pozostać prorokiem nawet dobiegając dziewięćdziesiątki, co brawurowo udowodnił swoim “Le livre d’image” 87-letni Jean-Luc Godard (Specjalna Złota Palma). Na moim seansie wysiadła klimatyzacja, po pół godzinie nie było już czym oddychać (co dało całej masie widzów doskonałe alibi do ucieczki z kina) i dziś myślę, że ta duszna atmosfera doskonale pasowała do pełnego gniewu, tasującego obrazy, jak karty filmowego poematu. Francuski reżyser działa radykalnie: albo więc dałeś się ponieść rytmowi siekania, cięcia, zderzania, nagłego kojarzenia i gwałtownego rozbijania (także dźwięku), albo wychodziłeś z kina po kwadransie, w przekonaniu, że nie zobaczysz w życiu już nic gorszego.

Tymczasem Godard zalewając nas obrazami, tylko zintensyfikował rzeczywistość, w jakiej żyjemy: nadmiaru bodźców, terroru obrazów. Sceny z klasycznych filmów hollywoodzkich, fragmenty newsów, czy dokumentów, kawałki europejskich arcydzieł, propagandowe filmiki ISIS z Youtube’a złożył w pytanie o to, jaką rolę odegrało i odgrywa kino w historii XX i XXI wieku. Kronikarza przemocy, medium roznoszącego wirusa groźnych ideologii, strażnika istniejącego porządku?

Godardowskie kolekcje scen z pociągami, z wodą czy kobietami, budziły niepokój, bo pokazywały bliskie sąsiedztwo rozrywki i przemocy, fantazji i ideologii. W tych obrazach zawierały się najaktualniejsze tematy: ksenofobii, mizoginii, imigracji. Francuz przypomniał, że właściwie kino jest jak człowiek: kłamcą, biernym obserwatorem, świadkiem lub uczestnikiem. Potem nie mogłam już mijać spokojnie wojskowych patroli spacerujących bulwarami - młodych żołnierzy przyciskających do piersi karabiny, jak dzieci. Kogo chronili? Przed kim? Wszechobecne bramki strzegły wejść do większości kin, ochroniarze grzebali nam w torbach, kolejni przejeżdżali wokół nas detektorami. Kiedy przestały nam przeszkadzać nieustające kontrole?

W kolejce do Théâtre Croisette spotkałam trolla. Nie spieszył się, jak inni ochroniarze. Za to długo wpatrywał się w oczy, podczas, kiedy jego dłonie zręcznie obmacywały moją torbę. I oczywiście triumfalnie wyciągnął z niej to straszną, zakazaną broń, jaką próbowałam przeszmuglować na dwugodzinny seans: małą butelkę wody. Poczułam się, jak w filmie “Gräns” Alego Abbasiego (zwycięzca sekcji Un Certain Regard), którego bohaterka, paskudna Tina, pracuje, jako celniczka na promie, gdzie bezbłędnie wyczuwa nielegalne materiały w bagażu podróżnych, od wódki po mikroskopijny pendrive z dziecięcą pornografią. To był jeden z moich canneńskich faworytów: mroczna baśń rozegrana zgodnie z regułami zaangażowanego szwedzkiego kryminału. Mocny polityczny podtekst odsyłający do społecznej amnezji związanej ze sterylizacjami osób niepełnosprawnych intelektualnie, pacjentów szpitali psychiatrycznych (Szwecja zaprzestała tego procederu dopiero w 1975 roku). A w tym wszystkim czysty surrealizm: trolle mieszkające pośród ludzi, bądź ludziom wrogie. Bękarty systemu. Genialna metafora obcości i wykluczenia. To kolejny tytuł flirtujący z canneńską rzeczywistością - nie tylko za sprawą ochroniarzy, ale też kwestii podziału na lepszych i gorszych członków wspólnoty.

Festiwal jest jak społeczeństwo klasowe, hierarchia akredytacji rozróżnia pomiędzy tymi, którzy na seanse wbiegają w ostatniej chwili (najwyższej rangi dziennikarze i przede wszystkim kupujący) i tymi, którzy muszą stać w godzinnych kolejkach. Za sprawą fioletowego kwadracika oznaczającego “prioroty” poznałam w tym roku słodki smak uprzywilejowania (słono opłacony przez festiwal Nowe Horyzonty, gdzie pracuję jako selekcjonerka). Nie zmienia to faktu, że canneńska hierarchia, z jej traktowaniem twórców filmów, jak niedostępnych bogów objawiających się na Olimpie schodów pokrytych czerwonym dywanem (który jest po prostu zwykłą, z każdym dniem mocniej przybrudzoną, wykładziną) jest odpychająca i nieadekwatna do rozmaitych równościowych manifestów.

O równość we francuskiej branży apelowały na festiwalu czarnoskóre aktorki, a 82 kobiety filmu z całego świata manifestowały na schodach do Palais niezgodę na seksizm, dyskryminację i szklany sufit. Przyznaję, że miałam problem z tym słusznym ze wszech miar protestem. Był to bunt koncesjonowany, zaaprobowany przez rządzących Cannes od lat stereotypowych “starych, białych facetów”; bunt, w którym symbolicznie nie chodziło o podważenie męskich rytuałów rywalizacji, samozadowolenia, władzy (a to miałoby sens), lecz o dostęp kobiet do tych przywilejów. Czy w 1968 roku (który w Cannes fetowano), Godard i François Truffaut prosili władze o zgodę na przerwanie festiwalu? 50 lat temu Jean-Luc Godard przekonywał, że w czasach studenckich i robotniczych protestów, festiwal z jego imprezami na jachtach i filmami, które w żaden sposób nie korespondują z rzeczywistością, jest anachronizmem. Pół wieku później mieliśmy podobne odczucie - zabrakło jednak radykałów, którzy powiedzieliby to na głos.

Ścieżki programerskie wiodły mnie przez rozmaite festiwalowe sekcje, ominął mnie więc seans zdobywcy Złotej Palmy, “Shoplifters” Hirokazu Kore-edy. Nie widziałam również dyskutowanego “Kafarnau” Nadine Labaki (oba tytuły mają polskich dystrybutorów). Ucieszyła mnie nagroda za reżyserię dla Pawła Pawlikowskiego, który w “Zimnej wojnie” spojrzał na relację emigranta z jego ojczyzną, jak na melodramat. To opowieść o wykorzenieniu, o tym, co nieprzetłumaczalne na język żadnego kraju, do którego wyjeżdżamy Emigracja, uchodźctwo jako stan ducha - Pawlikowskiemu udało się za pośrednictwem chłodnej love story dotknąć tak gorącego dziś tematu.

Na wojnie jest także Marcello (nagroda aktorska dla Marcella Fonte) z “Dogmana” Matteo Garrone, który zanurza się w komiksowe niemal piekło złej dzielnicy Neapolu, by opowiedzieć nam baśń o człowieku, który był kundlem, a obudził w sobie bulteriera. O chuderlawym poskramiaczu bestii, o westernowym niemal ostatnim sprawiedliwym. Moje serce zostało jednak z innym włoskim filmem - “Lazzaro Felice” Alice Rohrwacher, zdobywcą nagrody za scenariusz (dzielonej z Jafarem Panahim, twórcą niezłego, ale też oczywistego filmu, jednego z tych, które robi się an autopilocie - “3 Faces”). Opowieść o bożym prostaczku, który nie zna ironii, występku, fałszu, w przedziwny sposób łączyła na ekranie Pasoliniego i Chaplina. Pozbawiony cynizmu (czego nie można powiedzieć o wielu canneńskich produkcji), baśniowy film Rohrwacher mówił nam o współczesnym niewolnictwie, o wyzysku, o klasowej pogardzie. O machinie kapitalizmu rozgniatającej najsłabszych. A wszystko z lekkością i humorem ludowej przypowieści.

Zastanawiałam się, co zobaczyłby Lazzaro, gdyby objawił się w Cannes, jak wyglądałyby w jego oczach kolejki do kina, czerwona wykładzina przed ciężkim gmaszyskiem Palais, stolikowe wywiady z gwiazdami, gorączkowa bieganina dystrybutorów i programerów pośród stoisk handlujących filmami “salesów”, dudniące nocami imprezy na plażach, barierki, żołnierze, paparazzi. Cóż, myślę, że jego spojrzenie mogłoby nas wszystkich zawstydzić i jestem niemal pewna, że kiedy by dorósł, Lazzaro pewnie zostałby Godardem.
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

31.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
16.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
28.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)