CO NOWEGO?

23.11.2016, Małgorzata Sadowska
"Zwierzęta nocy", czyli zimne nóżki
Otwierając przesyłkę od byłego męża (w roli Edwarda Jake Gyllenhaal), Susan (Amy Adams) kaleczy się w palec, na którym widzimy kropelkę krwi. I już wiadomo, że ktoś tu zamierza kogoś zranić, że będzie bolało. Ale choć faktycznie w “Zwierzętach nocy” dawka okrucieństwa: fizycznej przemocy, psychicznej manipulacji, emocjonalnego szantażu może zwalić z nóg niejednego widza, ja sama niewiele poczułam. I to jest chyba jedno z najprzykrzejszych doświadczeń w obcowaniu z kinem - obojętność wobec ekranowych ekscesów, poczucie oddalenia od bohaterów, wrażenie istnienia emocjoodpornej szyby pomiędzy nami.

Po seansie byłam umęczona i nieusatysfakcjonowana - zupełnie jak Susan po wernisażu pokazanym w pierwszych scenach filmu. Sekwencja otwierająca “Zwierzęta nocy” prezentuje gargantuicznych rozmiarów kobiety wykonujące cheerleaderskie popisy, tyle że przywołujące raczej klimat morderczego tańca z “Czyż nie dobija się koni”, niż wesołych sportowych rozgrywek. Podczas, gdy taniec odtwarzany jest na galeryjnych ekranach, same tancerki leżą na białych postumentach, nagie, wyczerpane przymusem nieustannego kibicowania (mężczyznom? Ameryce?). Ot, modny koncept: troszkę brzydoty, potu i fałdów tłuszczu w sterylnym wnętrzu drogiej galerii. Coś dla snobistycznych, chudych elit złaknionych kontaktu z “rzeczywistością”, o ile rzeczywistość została ładnie zapakowana w “sztukę” i nie trzeba z nią obcować na stałe. Coś z tego myślenia równie wyrafinowanym, co pustawym konceptem przesiąknęło do samych “Zwierząt nocy”, filmu zrobionego z zimną krwią.

Ta zimnokrwistość "Zwierząt..." bierze się z premedytacji, z jaką klei swój koncept Ford, usilnie nadając mu pozory wielkości: muzyka Abla Korzeniowskiego buduje nastrój, jak z Hitchcocka. Nad całością unosi się atmosfera mszalnej niemal powagi, a każdy gest znacząco znaczy - jak wspomniane skaleczenie, jak wkładanie i zdejmowanie przez Susan okularów Celine w ciężkich oprawkach (pamiętacie podobne sceny z “Samotnego mężczyzny”?) czy zmywanie mocno pomalowanych ust (wątek nakładania, ściągania i przeciekania zbroi makijażu też powracał w “Samotnym…”). Poruszając się pomiędzy rzeczywistością i fikcją, pomiędzy trzema porządkami czasowymi (obecne życie Susan, wspomnienia związane z małżeństwem z Edwardem, historia opowiedziana w przysłanej przez niego książce); Ford łączy wątki jaskrawymi szarfami ostentacyjnych metafor - Kiedy bohater książki Edwarda (także grany przez Gyllenhaala) bierze prysznic w podłym motelu, smutek zmywa z siebie w swojej luksusowej łazience także Susan.

Samotność wyższych sfer ubrana została w efektowne stroje, niosące nam wieści nie tylko o statusie bohaterki, ale i o jej potrzebie posiadania mocnego rusztowania, a takie zapewniają sztywne uniformy przedstawicielki rynku sztuki. Amy Adams sprawia wrażenie, jakby je ciało ściskał niewidzialny gorset, a przecież gdy prowadzi telefoniczną rozmowę w galerii, cała spięta i profesjonalna, na pierwszym planie wystawia Ford skrzynię do przewożenia dzieł z naklejką “Fragile” (“Delikatne”).

Cóż, nie jest Tom Ford Hitchcockiem, ani Douglasem Sirkiem, “Zwierzęta nocy” zawodzą jako thriller i jako melodramat, przygwożdżone ciężarem patosu, zdominowane przez efektowną stylizację - główną tak naprawdę bohaterkę filmu, która ani myśli pełnić dyskretnej, służebnej roli wobec opowieści.

A jednak owa chłodna sterylność, znaczące mnożenie szyb i luster, przymusowa elegancja i troska o to, by trupy pięknie się komponowały, teksański redneck epatował urodą modela, a Susan zastygała w urodziwych pozach na kanapie z książką w ręku; stwarza przestrzeń do tego, by w “Zwierzętach nocy” dostrzec rozmaite sprawy poboczne, by nie rzec: uboczne.

Ubocznym nie jest niewątpliwie wątek klasowy, w końcu nieprzypadkowo akcja filmu rozgrywa się pomiędzy konserwatywnym, kojarzonym z przemocą, stereotypowo prostackim Teksasem; szołbiznesową, luksusową Kalifornią z jej fałszywą transparentnością przeszklonych domów na wzgórzach i egalitarnym Nowym Jorkiem - gdzie oba te światy: klasy średniej i wyższych sfer mogły się nie tylko spotkać, ale i dokonać mariażu. Jak ambitny i ubogi Edward oraz dziedziczka fortuny, Susan.

Ów narzucający się wątek klasowy ma swoje ciekawe, poboczne rozwinięcie w sposobie, w jaki bohaterowie podchodzą do kwestii emocji i uczuć. I to jest u Forda rzecz arcyciekawa, szczególnie, że przynosi ożywcze odwrócenie ról. Tym, który daje upust emocjom, a książkę pisze niemalże własną krwią - cierpienie przemieniając na jej łamach w krwawą jatkę - jest Edward. Taka ostentacja w błaganiu o akceptację, o miłość, niezgoda na odrzucenie, gwałtowna chęć odwetu jest oznaką słabości (przed którą ostrzega Susan matka - świetny epizod Laury Linney), ale i wielkim przywilejem.

U Forda właśnie podniesienie tamy emocji czyni bohatera twórczym, czyni go artystą. Zamknięta w gorsecie prestiżu, pozycji, obyczajów panujących w socjecie; rezygnująca z miłości, Susan może być jedynie galerzystką: niezdolną do stworzenia dzieła promotorką cudzych talentów, kobietą, która nawet wobec mężowskiej zdrady musi zachować “klasę”. Ford jednoznacznie portretuje jej świat jako przestrzeń, w której forma bierze górę nad nieukierunkowaną, potencjalnie niebezpieczną lawiną emocji. Związki mają tu raczej charakter mariaży rodowo-biznesowych, nic więc dziwnego, że jedna z przyjaciółek Susan tak zachwala swoje doskonale funkcjonujące małżeństwo z gejem - taki układ nie grozi bowiem żadnym miłosnym zawodem, który mógłby zniszczyć owo “przedsiębiorstwo”.

W świecie Susan nie wolno kochać, nie wolno cierpieć, nie wolno żałować, ani wspominać. Bohaterka Adams poruszająca się jak katatoniczka przypomina śpiącą królewnę, która zapada w rodzaj snu na jawie zraniona niczym wrzecionem książką Edwarda. Sen, który każe jej śnić były mąż jest koszmarem, karą za opuszczenie i zdradę. Ta kara to konfrontacja z jego furią, żalem, żądzą zemsty, miłością, smutkiem. Z gwałtownymi emocjami, z morderczymi fantazjami, na jakie pozwala sobie w tym filmie zraniony mężczyzna.

Nie sposób zliczyć scen, w których Edward i bohater jego powieści płaczą. Ba! W śledztwo w sprawie morderstwa, które jest jednym z wątków książki Edwarda, emocjonalnie angażuje się także teksański detektyw-wyga (Michael Shannon), przekraczając granice prawa. To mężczyźni są u Forda silni swoją bezsilnością, w przypadku kobiet jest odwrotnie: godna pozazdroszczenia siła, z jaką realizują swoje cele, czyni je de facto bezradnymi.

Jest coś mizoginicznego w tej wizji uwolnionych za sprawą łez mężczyzn oraz kobiet, którym w chwilach szczególnego wzruszenia przychodzi co najwyżej zmienić marynarkę na kaszmirowy sweterek. A może to nie kwestia mizoginii (sugerującej między innymi, iż nieudane życie Susan jest po części karą za aborcję) reżysera dokonującego jakiegoś aktu zemsty na kobietach swoim filmem. Może to kwestia kulturowych wzorców, które często każą to co męskie zazwyczaj kojarzyć ze szlachetnym i wzniosłym, zaś kobiece - po prostu z gorszym. Przecież w “Samotnym mężczyźnie” ów mechanizm działał odwrotnie: zachwycaliśmy się sposobem, w jaki w obliczu cierpienia główny bohater (Colin Firth) równiutko składa nieskazitelnie białe koszule. To szlochy jego przyjaciółki (Julianne Moore) wydawały się na tle owej powściągliwości wyrazem niegodnej egzaltacji.

Ale nawet jeśli w “Zwierzętach nocy” detonuje Ford potężny ładunek emocji, to jednak mam poczucie, że jest to akt chłodnej kalkulacji w stylu Susan, a sam film przypomina jej show. Jest efektownie, gustownie, ale też z precyzyjnie odmierzoną dawką brudu i grozy. Bohaterowie męczą się jak otłuszczone cheerleaderki, by z trudem doczołgać się (bohater powieści Edwarda!) do finału. A i tak “Zwierzęta nocy” sprawiają wrażenie przed chwilą wyjętych z zamrażalnika.
Komentarze (0)

SPRAWDŹ TEŻ

31.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
16.07.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
28.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
15.06.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
30.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)
23.05.2018, Małgorzata Sadowska
Komentarze (0)