CO NOWEGO?

25.01.2012, Marcin Rosłoń
Tajne przez poufne
Często moich znajomych i nieznajomych, konkretnie kibiców piłki nożnej, interesuje jak, my komentatorzy, przygotowujemy się do pracy. Jak rozpoznajemy piłkarzy angielskich drużyn? Jakie mamy źródła informacji? Jak wygląda stanowisko komentatorskie podczas meczu polskiej ekstraklasy, a co to jest „dziupla”? Gdzie najlepiej szukać ciekawostek? Jak to wszystko spamiętujemy, żeby potem bez wytchnienia wyrzucić zaraz po bramce, że to była 12 asysta Davida Silvy, 6 bramka Danny’ego Welbecka, 34 gol wbity przez Man City w drugich połowach spotkań czy 288 mecz z rzędu w Premiership Brada Friedela? Jak dajemy sobie radę z beniaminkami, bo przecież gwiazdy znają wszyscy? Z jakich narzędzi korzystamy podczas komentarza ligi angielskiej? Czy to łatwe czy trudne? Ile czasu trwa przygotowanie do jednego meczu?

Spróbuję zaspokoić Waszą ciekawość. Przygotowanie do jednego meczu trwa… hmmm, zaczynają się schody. Będę pisał tylko i wyłącznie o sobie, każdy z nas w redakcji sportowej Canal+ ma inne metody, swoje ścieżki, pomysły i wykonanie. Odpowiem mało konkretnie, że kilka godzin. Czasem dwie, a czasem pięć, wszystko zależy od tego kto z kim gra, jaki to etap sezonu. Na początku rozgrywek głowa aż pęka od zalewu niusów, transferów, nowinek. W środku sezonu trzeba trochę poszperać, pogłówkować, żeby się nie powtarzać. W niedzielę 21 stycznia komentowałem oba starcia gigantów, najpierw Manchester City – Tottenham 2:3, kilkanaście minut później Arsenal – Manchester United. Do pierwszego szlagieru przygotowałem się jeszcze w sobotę nad ranem, w pakiecie z meczem Norwich – Chelsea. Na niedzielny poranek zostawiłem sobie Kanonierów z Czerwonymi Diabłami. Lubię pisać i czytać o meczu, gdy wszyscy domownicy jeszcze smacznie śpią. Mam wielki komfort, zaparzam kawę i zaczynam.

Liga angielska to produkt perfekcyjny, niech o tym świadczy punktualność każdego przekazu, piękna grafika, jakość obrazka, świetna realizacja transmisji. To bombonierka, którą trzeba tylko zgrabnie i rozsądnie rozpakować, żeby nie przesłodzić, nie zjeść jej na raz i nie dostać bólu brzucha. Ja swoje komentarze notuję w zeszytach, miałem roczną przerwę na wydruki elektroniczne, ale wszystkie od ponad siedmiu sezonów mam zdokumentowane. Dumny jestem oczywiście głównie z tych opisanych ręcznie w kolejnych zeszytach kanału tematycznego ale kino+ (patrz fotka – jeszcze stary logotyp na okładce, ale hasło jak ulał pasuje do tego o czym piszę w środku), ale notatki komputerowe dają ciągłość stojąc w segregatorach. Pisanie ręczne trwa dłużej, ale w głowie zostaje mi więcej, niż po pisaniu klawiaturą po ekranie. Przyzwyczajenie ze szkoły.

Skoro mowa o edukacji, gdyby od podstawówki aż po studia obok mnie siedzieli koledzy przygotowani do zajęć tak jak angielscy statystycy, to byłoby na kim polegać przy ściąganiu. Angielskie skrypty o meczach, które dostajemy w pakietach przed każdą kolejką, piłkarskie strony internetowe (soccernet.com, soccerbase.com, BBC.co.uk i wiele innych), brytyjska prasa i programy sportowe to kopalnia możliwości i wiedzy. Można przepaść bez śladu w wirtualnej futbolowej encyklopedii. Anglicy mają wszystko w małym palcu, ale tam to tradycja przepleciona pasją i perfekcją. Przygotowywanie się do meczów Premier League to przyjemność, to po prostu przywilej.

Trzeba uważać, żeby nie przeholować. W Polsce trzeba naszukać się trochę dłużej, ale mam tutaj do wykorzystania bezcenne źródła, czyli znajomych piłkarzy i trenerów. W Anglii jednego Człowieka, na którym zawsze mogę polegać – Łukasza Fabiańskiego. Po wyrównującym golu Robina van Persiego, gdy Holender na podkoszulku miał napis „Happy 91st opa wim”, nie wiedzieliśmy z Rafałem Nahornym czego wprost może dotyczyć. Może liczby goli ustrzelonych w karierze przez van Persiego, Rafał zaryzykował, że może dziadka? 22 stycznia to miało sens, ale wymagało potwierdzenia. Szybki sms do Fabiana, który razem kontuzjowanym Thierrym Henrym oglądał mecz z United z trybun i równie dynamiczna odpowiedź: „To dla dziadka, kończy 91 lat, jest na Emirates”. A potem jeszcze, że Dziadek przyszedł do szatni wyściskać Wnuka, mimo porażki. Piękne i bezcenne!

Tak, mam telefon z WYłączonym sygnałem w naszej komentatorskiej szatni. Pomaga na stadionie podczas zmagań naszej ligówki, nie przeszkadza w dziupli. Często tak sobie pomagamy w redakcji, gdy ktoś coś przeoczy, na przykład spalonego albo przekręci fakty. Czasem zwyczajnie podrzucamy sobie wartościowe ciekawostki. Ja korzystam, przyznaję się bez bicia, uważam telefon za dodatkowe narzędzie pracy.

Moje notatki zajmują standardowo dwie strony. Piszę gęsto, drobnym maczkiem, dziwnymi skrótami, ale ze zrozumieniem, nie martwcie się. Już dawno pisanie przestało być formą zapełniania zeszytu, żeby wyglądał ładnie albo żeby pękał w szwach jako dowód na to, że jestem super obkuty. Mniej doświadczenia to zarazem więcej niepotrzebnych informacji, zdobników i taniego efekciarstwa. Pamiętam jak podczas jednego z pierwszych komentarzy, nie na żywo, tylko w starym Klubie Kibica Ligi Polskiej, z odtworzenia (to był świetny poligon dla żółtodziobów), Tomek Smokowski widząc moje ładne notatki powiedział: „Zamierzasz to wszystko przeczytać? Stary, meczu nam nie starczy, daj mi powiedzieć chociaż w jakich składach zagrają. Wyrzuć ten zeszyt, bo na razie Ci tylko przeszkadza”. Miał rację, bo na początku siedzisz w dziupli komentatorskiej jak na kursie prawa jazdy. Wszystko jest banalne dopóki sam nie musisz ruszyć po wrzuceniu jedynki, a potem dwójki, trójki. Nagle ta prosta jak drut czynność wydaje Ci się skomplikowana jak granie z nut na fortepianie albo rozszczepianie atomu. Tak miałem na swoim starcie w dziennikarstwie. Na stole przed nosem kartki z ciekawostkami, na głowie słuchawki, przy ustach mikrofon, w uszach współkomenatotor i dźwięki ze stadionu (tajemniczy, żargonowy „iefel” – dźwięk międzynarodowy), a przed oczami mecz naszej ligi z całą swoją ludzką i historyczną zawartością. No i pełne portki na krześle.

Nic prostszego, tylko pogadać na wesoło i z biglem o grze, poczytać to i owo, krzyknąć „gooool” i załatwione. Nic bardziej mylnego. To było jak pierwsza jazda samochodem. Każda czynność to inny rozdział, choć powinny tworzyć jedną bajkę. Wciskanie sprzęgła, wzrok na pedały, wrzucanie jedynki, nieznośny chrzęst skrzyni biegów i wzrok na przekładnię, a jeszcze chętniej na ściągawkę na gałce, potem wzrok w szybę, bo auto jedzie. A gdzie kontrola nad kierownicą, innymi uczestnikami ruchu i kołami? Tak samo z lusterkami, kolejnymi biegami, wycieraczkami, światłami i każdym manewrem na drodze. Seria odosobnionych, oderwanych czynności, a nie zespół płynnych ruchów. To doświadczenie, praca i trochę talentu. Myślę, że najwyżej 10 % iskry, daru, a reszta jednak powtarzalności, doskonalenia i pasji.

Porównania z jazdą samochodem kończą się u mnie na etapie początkowym, bo kierować nie lubię, a komentować uwielbiam. Pochłania mnie gra, podania, strzały, parady, zaangażowanie, wślizgi, sędziowanie, każdy element, który ma wpływ na przebieg zdarzeń. W tempie Premiership zdarzają się pomyłki. Nie chodzi o tempo jednego meczu, chociaż też, ale głównie całych rozgrywek. Okres świąteczno – noworoczny to komentarz za komentarzem. Nakładają się ciekawostki, trzeba poszukać głębiej. Z jednej strony wiadomo o gigantach niemal wszystko, ale w Anglii zawsze coś się wydarzy. Nie wypada nie wspomnieć o passie Friedela, chociaż śrubowanie w stronę trzysetki kolejnych meczów od maja 2004 roku zawiewa nudą pomieszaną z nadludzkim heroizmem, że Steve Morison z Norwich strzelił pięć z ośmiu goli w tym sezonie po uderzeniach głową (u mnie w kajecie zapisane mam tak: „STEVE MORISON, Welsh, 5/8 headers!”), że lepszy jest tylko Steven Fletcher z Wilków (Szkot, 6/9 headers!), że z Ledley’em Kingiem w składzie Tottenham przegrał tylko jeden mecz z ostatnich siedemnastu („IMOPRTANCE of LEDLEY = 17 g = W13, D3, L1 = 42p = 76 %”), że „Drogba & Kalou na PNA”, że „KUN AGUERO – 17 all comps (14 PL), scored Man or London (4), 10/14 home”, a jeszcze „REF MIKE DEAN – 17 g, 52 y, 1 r, 7 p”.

Tego jest cała masa i trzeba wiedzieć co jest wartościowe, a co ma zostać na sicie. Dlatego ciągłość notatek jest wielkim wsparciem. Odkręcam kilka stron i patrzę jak United wypadało trzy kolejki wcześniej, w dodatku u siebie w porównaniu z meczem wyjazdowym, który komentowałem na Emirates. Poza tym pamiętajcie, że podczas komentowania ligi angielskiej mam dwóch pomocników, a nawet trzech. Poza Rafałem Nahornym czy Przemkiem Rudzkim są jeszcze brytyjscy komentatorzy, z których komentarza możemy skorzystać w każdej chwili. To kwestia wyboru, niektórym dodatkowy głos w słuchawkach miesza i przeszkadza. Ja komentuję Premiership od lat z głosem z Anglii lekko rozkręconym na lewym uchu, w prawym tylko dźwięki stadionowe. Bez Anglika jakoś dziwnie. To wartość dodana, gdy nagle na trybunie honorowej pojawia się dziwnie znajoma lub nieznajoma twarz, jest niezapowiedziana minuta ciszy przed meczem albo oko kamery dłużej wisi na jednym z piłkarzy. Wtedy warto podsłuchać, opłaca się, daję słowo. Można wyprzedzić fakty o krótką chwilę – nadchodząca zmiana, czas doliczony, znaczenie transparentu. Przecież wszyscy widzimy dokładnie to samo na ekranach. Niby to samo, ale każdy inaczej. My mamy pokazywany wyrywek kadru i boiska, ale brytyjscy komentatorzy są na trybunach, ogarniają cały obiekt. Nie da się jednak Anglika symultanicznie tłumaczyć, to nie przejdzie. To tylko mały elf, który pomaga w trudnym, ale nie beznadziejnym położeniu.

Wielkim skarbcem jest przygotowanie się do komentowania skrótów spotkań z danej kolejki do magazynu Sport+ i Sport+ Extra. 10 skrótów, 17 minut, sama esencja: gole, asysty, parady, karne, kartki. Przez kilkanaście minut musisz rozpracować 20 zespołów Premiership, tabelę, dziesiątki piłkarzy, menedżerów, sędziów. Zawsze piszę sobie wstęp do skrótu i czasem zakończenie. Dobry wstęp pozytywnie nakręca, zakończenie wyjdzie potem samo.

Podobnie mam z meczem, wstęp i wcześniejszy forszpan w transmisji Premier League, spisany mam w zeszycie. Jak dobrze wejdziesz w mecz, potem już wszystko jest dużo łatwiejsze. Czasem czytam i dodaję emocji, a czasem po uprzednim wymyśleniu tekstu i jego ręcznym napisaniu, po prostu utrwalam i pamiętam. Niekoniecznie słowo w słowo, ale to przecież nie konkurs recytatorski. Na pewno nigdy nie piszę podsumowań, żeby odczytywać je koło 85 minuty albo i wcześniej, haha.

Ze współkomentatorem, spełniającym w naszym tandemie funkcję tak zwanego eksperta, gramy do jednej bramki. Zawsze! Nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że tak po prostu jest. To układ idealny i basta. Podział ról jest z góry ustalony, ja prowadzę grę, partner uzupełnia. Ale świat nie legnie w gruzach, gdy w Premiership role na chwile się odwrócą, Rafał Nahorny i Przemek Rudzki mają wielkie doświadczenie i znają się na robocie w obu rolach. Inaczej jest w polskiej lidze, tam raczej trzeba się trzymać schematu.

Czasem wejdziemy sobie w słowo, czasem poprawimy jeden drugiego. Innym razem odpalimy tę samą historyjkę o piłkarzu albo historycznym meczu dokładnie 5 minut po nim. Zdarza się. Nie reagujemy wtedy paniką, machaniem rękoma, końcem świata, kwitujemy to uśmiechem i piszemy sobie wesoły komentarz na kartce ze składami. Ja jestem zwolennikiem przyznawania się otwarcie do pomyłek. Nawet po kilkunastu minutach, nawet po przerwie, to buduje wiarygodność. Przemilczenie, machnięcie ręką, ignorowanie nie ma sensu. Chyba, że błąd poszedł w eter i uciekł nam obu. Bywa.

Z Rafałem Nahornym i Przemkiem Rudzkim zawsze sprawdzamy składy przed wejściem na antenę, ja już tradycyjnie podpytuję o narodowości, w składach jest takie urozmaicenie, że łatwo o błędy. Ostatnio Moussę Dembele naturalizowałem na Senegalczyka, bo pomylił mi się z Dembą Ba. Zawsze mam zawroty głowy jak gra Wolverhampton albo Norwich. Wes Hoolahan zdaje mi się Szkotem, a jest Irlandczykiem, Anthony Pilkington grał w angielskich reprezentacjach juniorskich, ale już w młodzieżówce irlandzkiej, bo Babcia ma irlandzkie korzenie. Cała linia obrony Wilków to niemal Great Britain: bramkarz Wayne Hennessey to Walijczyk, lewy obrońca Stephen Ward – Irlandczyk, Christophe Berra – Szkot, Roger Johnson – Anglik. Martin O’Neill, menedżer Sunderlandu, to obywatel Irlandii Północnej, więc Irlandczyk, bo przecież Irlandczyk z Północy brzmi pretensjonalnie. Co trzeci menedżer w tym sezonie Premiership to Szkot (siedmiu!). Zawsze mam obawy, że zamiast Gareth Bale palnę Christian, a to imię aktora, który grał Batmana. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że Thomas Vermaelen to Holender, a nie Belg. Zawsze więc piszę narodowość obok nazwiska na składzie, łatwiej żyć. Czasem, to trend światowy, ktoś jest Anglikiem z urodzenia, ale gra w barwach Walii, Brazylijczyk jest Polakiem, a Francuz reprezentuje Tunezję. No i jeszcze mnogość piłkarzy z Afryki, ten z byłej kolonii brytyjskiej, tamten z francuskiej. Swoje 3 grosze dokładają Australijczycy, Nowozelandczyk Nelsen z Blackburn, Amerykanie z Północy i Południa. Niezła kołomyja. Ale trzeba sobie radzić.

Inna sprawa to wymowa nazwisk. Ustaliliśmy, że nie chcemy przesadzać z idealną wymową w każdym z języków, bo koniec końców brzmiałoby to nieznośnie. Ja wolę powiedzieć nie tak dźwięcznie jak Anglik „Roonej” zamiast „Rooni”, bo potem przy polskiej odmianie zaczynają się czarcie zapadki. Anglik zawsze ma „Rooni” i jest wygrany. Polskie podania do „Rooniego” albo klepka z „Roonim” raczej nie są doskonałe. Anglicy mają tendencje do chrzczenia obcokrajowców swoimi imionami. Dla nich Austriak Paul Scharner to „Pol”, Petr Cech to „Piter”, Łukasz Fabiański – Lucas, a Michael Essien po prostu „Majkel”. Wiem, że macie czasami zarzuty, że tego i owego powinno czytać się inaczej: „Kristianu Runałdu” – wiecie kto to? Przecież tego nie dałoby się słuchać na dłuższą metę. Najczęściej były protesty dotyczące Johna O’Shea z Manchesteru United, bo teraz rzadziej pokazujemy go w koszulce Sunderlandu. Może rzeczywiście powinno brzmieć po irlandzku: „O’Szej” zamiast pospolitego „O’Szi”, who knows? Na razie nasza redkacyjna Komisja Nazwisk Wątpliwych, na wzór angielskiej Komisji Goli Wątpliwych, uznaje, że „O’Szi”. Obrady mamy co okienko transferowe, więc sprawa może wrócić do dziennika obrad, haha. Zresztą jak słucham komentatorów Brytyjczyków to tam też każdy ma swój akcent, sposób wypowiadania nazwisk, swoje naleciałości.

Nieocenione przysługi oddają nam koledzy z innych lig zagranicznych: Ligue1, Serie A, La Liga. Tak było z Davidem De Geą, czyli fonetycznie „De Heą”. Tak jest z innymi, którzy zasilają Premier League, najlepszą ligę Świata! Merci, grazie, gracias. A brytyjskim komentatorom zwykłe thanks.

W dziupli, pomieszczeniu parę na parę metrów kwadratowych, dość klaustrofobicznym, zaciemnionym, z odpaloną lampką i dwoma ekranami monitorów o średniej przekątnej ekranu (standard), mamy ze sobą poza przyborami dziennikarskimi to co lubimy najbardziej. Rafał Nahorny herbatę, czasem czarną kawkę w kubku, ja swoje dziwne napary z herbat owocowych albo izotonik, Przemek mrożoną herbatę, nieoceniona jest zwykła, niegazowana woda. Po bąbelkach chce się bekać, po słodyczach zaklejają się struny głosowe, poza tym nadmiar cukru na krótko pobudza, żeby potem gwałtownie zamulić organizm. Przejedzenie nie jest wskazane, głód i burczenie w brzuchu też nie. Wszystkie pośrednie stany są optymalne, skrajności trzeba wykluczyć. Spożywanie czosnku i cebuli jest zwyczajnie nie fair. Zdarzyło mi się podczas komentowania z Rafałem Nahornym meczu ligi angielskiej okładać pękniętą torebkę stawową lodem w reklamówce, bo wcześniej grałem w piłkę i skręciłem kostkę. Przy hymnie Liverpoolu czasem śpiewamy bezgłośnie, ale, haha, na całe gardło „You’ll never walk alone” razem z fanami z Anfield. Ale to już najważniejsze tajemnice naszej szatni, a przecież wszystko po piłkarsku powinno zostać… w dziupli!

Gdy ostatnio przed meczem Newcastle – Queens Park Rangers zobaczyłem w składzie Węgra Akosa Buzsaky’ego, zadzwoniłem do mojego kumpla Marcina, którego kuzyn jest Węgrem. Gdy usłyszałem poprawną wymowę, o mało nie pękłem ze śmiechu, wyobrażając sobie jak to wyśpiewuję podczas meczu – „Aaakuoszsz Bużźaki”. W sumie ustaliliśmy, że najlepiej jak będę wymawiał jak nasze „Buziaki”. Nieźle naprawdę!

Przesyłam Buzsaky!

PS. Odpowiem w pakiecie. Materiał na nową książkę się zbiera, mam pewien pomysł, może nawet dwa, góra trzy, dlatego wszystko jest w fazie projektu. Wydawca bezgranicznie wierzy, jak to zgrabnie ujął, w moją intuicję. Miło!

Blog biegowy to kwestia tygodnia. Uff! Wydusiłem z siebie termin, więc do dzieła. Od pierwszego lutowego poniedziałku powinien hulać. Dam znać!

Postanowienia noworoczne do przodu. 366 potraw na 366 dni w 2012 roku odnotowuję w dużym kalendarzu C+. Podwędziłem z pokoju Tomka Smokowskiego jeden dyrektorski, ale szaaa! Gotowanie mnie pochłania, uwielbiam i przepadam. Chętnie wyrabiam nadnormy, czyli dwie potrawy dziennie. Inspiracje są różne: od japońskiego omleta tamago przez bułeczki żytnie po pastę z makreli z czerwoną fasolą Karola Okrasy. Deskorolka czeka na drążek. Ha! To dopiero zagadka. Kupiłem profesjonalny drążek, w przyszłym tygodniu Kumpel odpali wiertarkę i zamocujemy go na podziemnym parkingu. A to kawał przestrzeni dla skate’a Rosoła pomiędzy seriami podciągnięć Krawat rozwiązuję i zawiązuję dość sprawnie na rodzinny węzeł Konrada, który posiadł magiczną wiedzę od Dziadka. Dzięki! Notatki meczowe się piszą, więc tylko języki trzeba mocniej wdrożyć. Nawet odkurzyłem ostatnio repetytorium z języka rosyjskiego, które dzielnie służyło do matury.

„Wczuwki” Andrzeja Twarowskiego nie da się kupić ani przeszczepić. Wyjdzie z tego kreatura zmiksowana na pulpę z karykaturą. Twaro jest nie do podrobienia, nasz The Special One!

Dziękuję za miłe słowa od Was, ale nie zacząłem się częściej uśmiechać do gęby, którą widzę codziennie nad ranem w lustrze. Trzymam granice normy, nie odpływam do Krainy „I love myself”!
Komentarze (18)
#pgl
31.01.2012, 19:31

super! dzieki panie Marcinie za takie wpisy!!

#tomek 33
31.01.2012, 14:28

przygotowanie, przygotowanie...

#cservetnej
30.01.2012, 22:29

SZNUROWANIE SIATKI

Piłkarski esej staram się otwierać wspomnieniami. Zapamiętanie moje bywa bardzo łatwe i dość przyjemne. Patrzę poprzez pryzmat lat osiemdziesiątych w relacjach z naszymi, teraźniejszymi czasami. Skąd ta doza uprzejmości do lat uprzednich. Ano łatwo i nie chcę by brano mnie pod pręgierz wiary i upodobań politycznych. To co dziś jest naturą i bez względnego zadziwienia, nie tylko technologicznego, kiedyś nie do pomyślenia. Choć żargon trawiasty pozostaje ten sam , Mowa Trawa ani nie cofnie się do rodzaju ?Batman Początek? ,tak jak trudno o powstanie nowej ?mowy? w przyszłości. Bo kiks (patrz nie traf w piłkę) zawsze kwitowany standardem k?mać - i ów jest słowem po cichu w historii Polski znanym od średniowiecza, na naszych rodzimych boiskach mnożony po wielokroć ? bo i kiksów , animozji spotkamy tu dość wiele.
Aż oczy przecieram, ile ciekawych i zabawnych historii z lat poprzedniego ustroju mam do podzielenia się z możliwym moim czytelnikiem. I tu historia bardzo ciekawa. Bo drużyna nastolatków zapragnęła w końcu kopać piłkę w słupek i poprzeczkę. Dla nie zorientowanych, jeszcze parę dni wcześniej, słupki tworzone były ze stert dresów, bluz, skafandrów, często atakowanych przez spacer-pieski jako obiekt siku i kupek. Poprzeczki - wyimaginowane przedmioty latające , w zależności od wieku ? im starszy zawodnik tym niżej zawieszona ? bo i starszy ma zawsze racje, mógł kopnąć pani Jadzi w okienko na dziesiąte piętro , ale bramka zawsze bramką i to przecudownej urody.
Lata osiemdziesiąte, wszędzie plac budowy, powstają nowe osiedla. Materiału do budowy bramek- wielkich kwadratów z potężnych bali ? nie brakowało. Oczywiście ?golkiperzy? zadowoleni, nareszcie widzą czego maja bronić ? wyposażeni w bramkarskie budowlane rękawice z pobliskiej ?spółdzielczej inwestycji?.
Nie wiem skąd, jeden z rodziców młodego adepta piłki nożnej, przyniósł pokaźną ilość sznurka. Tak więc zaczęło się sznurowanie siatki. Węzły, pętelki, supły ? trwało to dwa dni. Niestety jak siatka dziurawa tak już pozostała. Piłka przelatywała przez słabo trzymające się plecionki. Zapał do naszego ?Łęblej? słabł. Po kilku grach zrobiło się ogromne klepisko. Z ziemi wychodzić zaczęły ostre kamienie, pewnie pozostałości z placu budowy naszej wielkiej płyty. Powstały takie kępki trawy , że piłka czasami potrafiła zmienić kierunek o 180 stopni. Drużyna przeniosła się na pobliskie szkolne boisko wylane betonem.
Czytając ?Tajne przez poufne? zaciekawiła mnie teoria wiedzy ? wiedzy samej w sobie, jak i wiedzy jako takiej. Bazując na rozważaniach Pana Marcina, utwierdzam się we wniosku, iż szkoła, nauka, teoria, wiedza nie jest jednoznacznym wymiarem. Co zrobić gdy cos wiemy, a nie potrafimy z tego zrobić użytku. Nie potrafimy tą wiedza podzielić się z kimś innym To tak jakbym nauczył się dobrze wymawiać nazwiska piłkarzy nie wiedząc gdzie oni grają, bardziej przejrzysty przykład: nauczyć się wiersza na pamięć w języku, którego nie znamy.
Dziś przepływ informacji jest tak wielki, że o niego w naszym kraju zaczęła się prawdziwa polityczna i społeczna walka. Nieogarnięte masy niespożytej energii informacji dociera do naszych mózgów często gmatwając nawet najprostsze elementy naszego rozumowania. Wiedza polega na wybiórczości, możności oceny i odrzuceniu tego co niewłaściwe. Pozbywamy się na ten sposób w mowie, komentarzach i piśmie: zaszufladkowania, myślowego zniewolenia, zaśmiecania naszych mózgów i intelektów. Wiedza to harmonia podążania nas samych we właściwym kierunku.
Czytając powyższe rozważania Pana Marcina utwierdzam się w przekonaniu, iż wiedza sama w sobie może być bezwartościowa. Nauka, wiedza o możności dotarcia do właściwych, potrzebnych źródeł informacji, to właściwa wiedza, bo to ona pomoże nam rozwiązać problemy, wysnuć wnioski w otaczającym nas środowisku pracy, szkoły, zainteresowań. Staniemy się bardziej wiarygodni , pragmatyczni, będziemy dysponować wachlarzem teorii, anegdot - podając źródło swoich dociekań i prawd. Obejdzie nas ?lanie wody?, bezpodstawnych , nierzetelnych strumieni przepływu informacji od nas samych do innych itd.

#Marcin Rosłoń
30.01.2012, 15:16

PS. Odpowiem w pakiecie. Materiał na nową książkę się zbiera, mam pewien pomysł, może nawet dwa, góra trzy, dlatego wszystko jest w fazie projektu. Wydawca bezgranicznie wierzy, jak to zgrabnie ujął, w moją intuicję. Miło!

Blog biegowy to kwestia tygodnia. Uff! Wydusiłem z siebie termin, więc do dzieła. Od pierwszego lutowego poniedziałku powinien hulać. Dam znać!

Postanowienia noworoczne do przodu. 366 potraw na 366 dni w 2012 roku odnotowuję w dużym kalendarzu C+. Podwędziłem z pokoju Tomka Smokowskiego jeden dyrektorski, ale szaaa! Gotowanie mnie pochłania, uwielbiam i przepadam. Chętnie wyrabiam nadnormy, czyli dwie potrawy dziennie. Inspiracje są różne: od japońskiego omleta tamago przez bułeczki żytnie po pastę z makreli z czerwoną fasolą Karola Okrasy. Deskorolka czeka na drążek. Ha! To dopiero zagadka. Kupiłem profesjonalny drążek, w przyszłym tygodniu Kumpel odpali wiertarkę i zamocujemy go na podziemnym parkingu. A to kawał przestrzeni dla skate?a Rosoła pomiędzy seriami podciągnięć? Krawat rozwiązuję i zawiązuję dość sprawnie na rodzinny węzeł Konrada, który posiadł magiczną wiedzę od Dziadka. Dzięki! Notatki meczowe się piszą, więc tylko języki trzeba mocniej wdrożyć. Nawet odkurzyłem ostatnio repetytorium z języka rosyjskiego, które dzielnie służyło do matury.

?Wczuwki? Andrzeja Twarowskiego nie da się kupić ani przeszczepić. Wyjdzie z tego kreatura zmiksowana na pulpę z karykaturą. Twaro jest nie do podrobienia, nasz The Special One!

Dziękuję za miłe słowa od Was, ale nie zacząłem się częściej uśmiechać do gęby, którą widzę codziennie nad ranem w lustrze. Trzymam granice normy, nie odpływam do Krainy ?I love myself?!

#Maciek
30.01.2012, 13:40

Witam,
Gratuluję doskonałego tekstu!
Ulubione zdanie, z którego dwa słowa siedzą mi cały czas w głowie to: "Anglicy mają wszystko w małym palcu, ale tam to tradycja przepleciona pasją i perfekcją."
PASJA i PERFEKCJA - to jest to!

Dodatkowo mam pytanie.
Czy potrzebujecie czasem dodatkowych osób niezwiązanych z C+ przy rozstawianiu sprzętu bądź innych nawet najdrobniejszych czynnościach jak wyruszacie na jakiś mecz np. na północ Polski?
Pytam bo chętnie bym wziął udział w takim projekcie
maciej.tcz@wp.pl

#MS
29.01.2012, 23:37

Jak się kocha piłkę nożną to błyskawicznie zapamiętuję się wiadomości o tym kto ma ile bramek, asyst, z jakiego klubu przyszedł. Pozdrawiam i zapraszam na mój blog http://polskaekstraklasanews.blogspot.com/

#Bartol3
29.01.2012, 00:28

Do tego przypomnę w związku z nazwiskami, że w everonie gra nie "Simus" a "Szejmes" Coleman

#Bartol3
28.01.2012, 03:04

Proronuje każdemu, żeby czasem włączył mecz na internecie porobił takie notatki i popróbował sam pokomentować (na internecie żeby anglika było słychać). Ja wysiadam najpóźniej w 20 minucie. Potwornie ciężka robota nawet jak komuś język lekki.
Ludzie się złoszczą na komentatorów, że nazwiska przekręcają. Mistrzami w tym są rosjanie.
"Parzel Janasz nie dajot szansu Zmalaruku" (Paweł Janas nie daje szansy Smolarkowi)

A propos Panie Marcinie jak idą postanowienia noworoczne?
Chociaż wszyscy stoicie na wysokim poziomie to musze panu powiedzieć, że trzeba sobie opłacić korepetycje u Pana Andrzeja Twarowskiego z tak zwanej "wczuwki".

#Romanista
27.01.2012, 21:30

@ daryzda - a cóż to za zarzuty do Tomasza Lipińskiego, świetny komentator zdecydowanie najlepszy "włoch" z ekipy C+, więc tu już tylko gust decyduje a to tym się nie dyskutuje, jeden lubi ligę angielską, drugi uwielbia Serie A, dokładnie tak samo z komentatorami, ale bez głupot, że Tomasz Lipiński "usypia".

#ghana10@wp.pl
26.01.2012, 23:50

Pamiętam, jak kiedyś jeden z komentatorów C+ (chyba red. Smokowski) opowiedział, jak podczas komentowania meczu ligi polskiej wyszedł z "dziupli" na... siusiu Jako, że w pobliżu "dziupli" nie było WC, musiał swoje potrzeby załatwić przy płocie. I tam, przy tym płocie właśnie, został zauważony przez jakiegoś kibica

Świetny tekst. Czekamy na tekst i na kolejną książkę (podpisuję się pod postem Michała Pola )

#Dawid
26.01.2012, 19:43

Witam Panie Marcinie,

Byłby Pan w stanie zamieścić tutaj więcej, albo i nawet wszystkie źródła odnoszące się do statystyk klubów Premier League? Bardzo tego potrzebuję i z góry będę bardzo wdzięczny.

PS. Rewelacyjna praca, zarówno na blogu, jak i na stanowisku komentatorskim. Szkoda, że nie możecie Panowie stworzyć duetu Rosłoń i Twarowski, to byłaby najlepsza para z możliwych. Dwóch najlepszych komentatorów w Polsce, z leciutkim wskazaniem na Pana, choć jeśli chodzi o pisanie to nie ma konkurencji. Pora się zastanowić nad jakąś gazetą, nieprawdaż? Chyba, że to gazety się powinny nad kimś zastanowić.

#felipe
25.01.2012, 23:20

szacun za ten tekst panie Marcinie!

#daryzda
25.01.2012, 17:38

Panie Marcinie dziękuję za wysłuchanie mojej prośby(prosiłem o napisanie kilu zdań na temat pracy komentatorów).!!!!Bardzo fajny i ciekawy wpis.Czy jest możliwość żeby Pan skomentował jakiś meczyk Serie A.Nic nie mam do Panów Lipińskiego i Milko ale mecz z ich komentarzem (zwłaszcza Lipiński)ciężko się ogląda.Liga włoska nigdy nie była i nie będzie tak ciekawa jak np angielska a jak do tego dodać jeszcze nudny tj.usypiający komentarz to naprawdę nie wygląda i nie brzmi to ciekawie.Pomijam tu newsy które obaj panowie przytaczają bo te akurat nudne nie są.
Pozdrawiam
Ps.Kiedy rusza Pana blog na temat biegania,bo już nie mogę się doczekać cennych uwag i porad.

#mikomiki
25.01.2012, 16:16

A Piłkarskiego Oscara 2012 za najlepszy wpis o tematyce piłkarskiej otrzymuje... Marcin Rosłoń vel Buziaks za remake "Tajne Przez Poufne" w wersji pisanej i dużo lepszej niż filmowy oryginał!
RE-WE-LAC-JA!!!

#Łubu
25.01.2012, 13:57

Rosół, ten zapach porannej kawy często nie daje spać sąsiadom z góry ;-)
Oczywiście żarcik ;-)
Fajny wpis

#Andrzej Kotarski
25.01.2012, 13:13

Blog Panu służy najbardziej ze wszystkich komentatorów Canal +. Widać naturalną potrzebę wyrzucenia z siebie zalewu myśli, co czasem, jak i dziś, przyjmuje formę dłuuugiego monologu.

Z tym, że Pana czyta się ciekawie. Lubię takie smaczki, inside z nieznanej strony. Ma Pan kontakty i je wykorzystuje - świetnie. Czytelnika tylko zżera zazdrość - mnie w sensie pozytywnym

Do komentarza EPL w C+ mam tylko jeden zarzut. Wszystkie ciekawostki są ok, ale czasem aż prosi się o dokładniejszą analizę taktyk, strategii, przyczyn sukcesu jednych, a porażki drugich. Można powiedzieć, że Lee Catermole lubi zbierać kartki, ale też warto nadmienić jak jego gra zmieniła się po przyjściu M. O'Neilla. Ciekawostką jest, że Chris Samba to kawał chłopa, ale bardziej wartościowa jest informacja, że króluje w oddalaniu zagrożenia od własnego pola karnego.

Pozdrawiam, życzę dalszych sukcesów pisarskich
Andrzej Kotarski

#looker
25.01.2012, 12:28

Panie Marcinie jestem wielkim fanem angielskiej piłki ligowej. Nie będę ukrywał, że oglądając mecze z Pańskim komentarzem stałem się również fanem Pańskiego talentu. To z kolei zaowocowało wizytą na tym blogu i ... kolejny raz miłe zaskoczenie. Ciekawie napisane, dobrze się czyta (a o to w tym przecież chodzi). Żeby nie przesłodzić. Mam nadzieję, że nie spocznie Pan na laurach. Swego czasu podobny talent widziałem u Mateusza Borka ale w momencie gdy zaczęto go chwalić popadł w samouwielbienie i od tego momentu w niczym nie przypomina komentatora sprzed kilku lat. Dlatego Panie Marcinie jako, że mamy początek roku życzę Panu, żeby pasja do piłki pozostała zawsze głównym powodem dla którego komentuje Pan mecze.
Pozdrowienia również od mojego synka, który już powoli łapie piłkarskiego bakcyla

#Michał Pol
25.01.2012, 11:15

Świetne! To jest materiał na nową książkę po Mowie Trawie! Czekam


SPRAWDŹ TEŻ

14.11.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
09.11.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
21.10.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
20.10.2016, Marcin Rosłoń
Komentarze (0)
01.09.2016, Rafał Nahorny
Komentarze (0)
31.08.2016, Tomasz Lipiński
Komentarze (0)